sobota, 27 kwietnia 2013

Lop Buri - miasto opanowane przez malpy

W Lop Buri lądujemy na dworcu autobusowym. Kilka chwil stania przy tablicy z planem miasta i od razu pojawia się osoba zatroskana zagubionymi turystami, oferująca pomoc w znalezieniu odpowiedniej drogi. Tajowie, jak już wspomnieliśmy, są przesympatyczni i bardzo życzliwi, niestety, prawie nikt nie mówi tu po angielsku. W efekcie, dostajemy kilka sprzecznych informacji, w którą stronę pójść. Na wszelkie szczegółowe pytania Tajowie odpowiadają po prostu uprzejmie, z rozbrajającym uśmiechem "yes, yes".

W końcu, decydujemy się ruszyć z wszystkimi bagażami (brak przechowalni na dworcu) i złapać lokalny środek transportu publicznego, przypominający trochę autobus. Wzdłuż drogi widzimy małpy wędrujące po drutach wysokiego napięcia w stronę starego miasta, gdzie znajduje się m.in. Świątynia Małp. To nas upewniło, że kierujemy się w dobrym kierunku.

Sama świątynia małp nie robi szczególnego wrażenia - to mała budowla, gdzie miejscowi wykładają owoce, którymi karmią się małpy. My mieliśmy jednak pecha, bo jak nas poinformowano, małpy akurat się objadły i poszły spać. Zdecydowanie bardziej ciekawych wrażeń doświadczyliśmy, przechodząc kilka kroków na drugą stronę torów kolejowych. Cały obszar jest dosłownie otoczony przez setki małp - zajmują całe tory kolejowe, biegają po dachach domów, siedzą na liniach wysokiego napiecia niczym stada ptaków, chuśtają się,  gonią. Naprawdę fajny widok! Znajduje się tam kolejna świątynia, Phra Prang Sam Yot. Małpy upatrzyly ją sobie szczególnie - są tam wszędzie. Dopatrzeć się można tam zarówno małpich rodzin z dziećmi (małpie mamy karmiące swoje młode lub noszące je śmiesznie przyczepione do brzucha), młodych małp toczących ze sobą zaciekle walki lub bawiących się w inny zastanawiajacy co nieco sposób (np. grzebiących sobie w tyłkach), a także małpiego króla siedzącego jakby na tronie przy posągu Buddy. Zdarzało się nawet, że któraś z małp próbowała wskoczyć nam na plecy. Zdecydowanie warto to zobaczyć, no chyba że ktoś ma opory przed nieco intensywnym zapachem, jaki wydzielają odchody tych stworzeń...

Chwilę po wyjściu ze świątyni poczuliśmy, co znaczy tajskie słońce i temperatura sięgającą 35 - 40 stopni w południe. Bardzo szybko uciekliśmy do cienia i wysmarowaliśmy się cali kremem.

W Lop Buri, poza małpami, można w centrum zobaczyć jeszcze kilka świątyń, idąc dalej w głąb ulicy odbiegającej od świątyni Phra Prang Sam Yot. Warto skręcić w lewo, co i my zrobiliśmy, żeby pospacerować chwilę po lokalnym targu spożywczym - unikalne przeżycia wizualne. Mnóstwo egzotycznych, kolorowych owoców, czy różnego rodzaju gotowych potraw, mięs, ryb, owoców morza. Znaleźć tu można np. też... żółwie.

Z Lop Buri do naszego kolejnego przystanku, Ayuttaha, pojechaliśmy pociągiem. Opóźnił się około godziny. Dostaliśmy bilet na 3cią klasę. Kosztował tylko 13 batów (1.30 złotych). Wbrew nazwie, trzecia klasa wcale nie jest taka zła. W przeciwieństwie do PKP, miejsce znajdzie się bez problemu, a odpowiednią wentylację zapewniają otwarte okna. Specyficznym zjawiskiem w trakcie podróży byli przechodzący po wagonie dosłownie co 5 minut handlarze - z napojami, z grillowanym mięsem na patyku, czy innymi przekąskami lub ozdóbkami. Po półtorej godziny podróży dotarliśmy do Ayuttaha.

Ulica w Lop Buri

Jedna ze swiatyn w Lop Buri

Malpki

Malpy rzadza w miescie (widok zaraz po wyjsciu ze swiatyni malp)


Malpia rodzina

W jednej ze swiatyn, na kolanach Buddy siedzi malpi krol

Swieze rybki na targu

 Zolwie na sprzedaz na targu (w dziale spozywczym)

Targ

Kolejna swiatynia w Lop Buri

I nastepna, wyrastajaca w srodku miasta

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz